Polub nas na FB!

Ostatnio dodane posty

Syndrom nieodciętej pępowiny


Wprawdzie Matka-kura nigdy tego nie odczuła na własnej skórze, to jednak wie, z racji chociażby wykształcenia, że miłość rodzicielska bywa bezgraniczna i pełna poświęceń. I jest to dobra miłość, której mała jeszcze Matka serdecznie zazdrościła dzieciom, które miały to szczęście. Miło było patrzeć na kolegów i koleżanki, których rodzice tak łagodnie się do nich zwracali, tak im różne sprawy tłumaczyli, bez krzyku i bez wiecznych pretensji. Tak po ludzku po prostu. Była jednak wśród grona rówieśników jedna dziewczynka, której mama kochała ją jakoś jeszcze zupełnie inaczej. Nie potrafiła wówczas mała Matka-kura określić, co to za rodzaj miłości był, ale jak przyglądała się tej koleżance, to wolała ten swój zimny wychów, jaki fundowali jej rodzice.

Marysia, bo tak było na imię tej dziewczynce, nie mogła bawić się z rówieśnikami. Zawsze była ubrana w śliczną sukienkę, lakierowane buty, a włosy miała czesane w dwa warkocze wiązane wielkimi kokardami. Ale przez to, że tak cudownie wyglądała, to nie mogła wchodzić do piaskownicy, grać w skakankę, czy chociażby w piłkę. Chodziła z mamusią za rączkę, a to do sklepu, a to na spacerek, a to do mamusi koleżanek. A jak wychodziła na podwórko to mogła tylko siedzieć na ławeczce i się przyglądać. A mama jej co raz na balkon wychodziła i chwaliła ją za to, że tak sobie ładnie siedzi. A gdy niekiedy Marysia wstała z tej ławeczki i podeszła do dzieci i dała się namówić do zabawy, to wówczas mama na nią krzyczała, i mówiła, że jak Marysia nie będzie grzeczną dziewczynką, to jej – mamie – serce pęknie i umrze. I że Marysia sama zostanie na świecie, i że nikt jej tak nie będzie kochał jak ona – jej mama. A na nas krzyczała, że jesteśmy durne dzieci, i do złego jej cudną córeczkę namawiamy, że jesteśmy brudasami. I takie tam jeszcze. A Marysia, zawstydzona, i z trudem przełykająca łzy, siadała z powrotem na ławeczkę i tak sobie siedziała. A za jakiś czas wychodziła jej mama i przynosiła jej ciasteczka, i cukierki, i mówiła jej, że jest bardzo grzeczną dziewczynką i że kupi jej lalkę, i że nie musi płakać, bo mamusia jest przy niej, i nie da jej nikomu skrzywdzić. No i potem szły sobie do sklepu, i Marysia wracała z kolejną lalką. A gdy koło nas przechodziły, to mama mówiła do Marysi, że ona nie potrzebuje kolegów i koleżanek, bo przecież ma ją – swoją mamę, i swoje śliczne zabawki.

A jak Marysia szła do szkoły, to mama jej niosła jej tornister. I zaprowadzała ją pod samą klasę. I gdy Marysia wychodziła ze szkoły po lekcjach, to już mama na nią czekała. I bardzo ją chwaliła, gdy dostawała piątki. Ale za to bardzo na nią krzyczała, gdy dostała gorszą ocenę. I zaczynała płakać, że ona – mama – tak na nią – na Marysię właśnie – liczyła. Bo ma tylko ją jedną na świecie (a przecież miała też syna). A potem mamę Marysi bolało serce. Często ją serce bolało, chociaż nie wyglądała na chorą. I mimo tego, że mówiła, że to serce ją boli, to kucała i wiązała butki Marysi, a potem brała od niej jej tornister i sobie szły do domu. A jak Marysia dostała piątkę, to szły jeszcze na loda, gdy było lato, albo do sklepu po cukierki.

A najgorsze, że Marysia nie mogła biegać. Jej mama mówił jej, że ona nie może biegać bo być może, że też jest chora tak jak ona. Na serce właśnie. I gdy, czasami poniosło Marysię, i dała się namówić, by z nami pobiegać, to po tym, jak już mama na nią nakrzyczała, to zaraz jej jakieś kropelki dawała. A gdy razu pewnego Marysia upadła i kolano sobie zbiła, to mówiła, że lekarza trzeba wezwać, bo od takiej rany, to można zakażenia dostać i umrzeć. A potem Marysia siedziała w fotelu na balkonie, z nogą na stołku, przykryta kocykiem, i bawiąc się swoimi lalkami, mogła tylko przyglądać się na dzieci z balkonu.

Zdawało się wówczas małej Matce-kurze, że Marysia nie jest szczęśliwą dziewczynką, mimo że miała wszystko, czego ona nie miała.

A była raz mała Matka-kura u Marysi w domu, to widziała. Widziała te zabawki poukładane w rzędach na półkach. Te kolorowe książeczki. Też na półkach. Te równiutko poukładane na tapczanie misiaki. Ale żadnych nie mogły z Marysią ruszać. Dostały herbatkę i ciastka i mogły sobie siedzieć. Bo bawić się nie mogły. Ale nie była to przyjemna wizyta, bo mama Marysi wcale z pokoju nie wychodziła i tylko Marysię ciągle strofowała, że to źle siedzi, że garbi się, a że to nogi źle postawiła. Nie mogła się doczekać mała Matka-kura, aż skończy się ta wizyta.

Dzisiaj Matka-kura wie już, że czasem, niektórzy rodzice, zatracają granicę między bezinteresownym kochaniem swoich dzieci, a podporządkowaniem ich sobie i zaborczą miłością. Rodzice ci, podświadomie pragną, aby dziecko było od nich stale uzależnione, i pod pretekstem „jego dobra" przywiązują je do siebie tak bardzo mocno, że to dziecko, potem już w dorosłym życiu, nie ma nawet odwagi samodzielnie stawić czoła życiu. Tacy rodzice, nie pozwalają po prostu dziecku dorosnąć, ponieważ chcą go już na zawsze mieć wyłącznie dla siebie. Zniechęcają do innych, zniechęcają do samodzielnego podejmowania decyzji. Taka Marysia to na pewno przekonana była, że wszędzie czyhają na nią zagrożenia i oszustwa, i że tylko w „objęciach" swojej mamy znajdzie bezpieczną przyszłość. Odbierała skrzywiony, nierealistyczny obraz świata, w którym da się przeżyć jedynie dzięki obecności i pomocy mamy.

Taka manipulacja uczuciami jest prosta, kiedy dziecko jest małe. Taka jak właśnie była Marysia. Jednak im starsze, tym trudniej utrzymać dziecko w przekonaniu, że samo nie da sobie w życiu rady. Przecież rośnie i obserwuje świat, to i wyciąga wnioski. Jednak zaborczy rodzic nie da za wygraną. Zaczyna więc grać w psychologiczne gry, stosując emocjonalny szantaż. Zazwyczaj wpędzają swoje dziecko w poczucie winy, kiedy pragnie ono czegoś, co jest poza zasięgiem kontroli rodzicielskiej. W wieku dojrzewania, kiedy dziecko próbuje posmakować świata, toksyczny rodzic może nawet „popaść" w urojoną chorobę, wymuszając uwagę i opiekę. Zna Matka-kura taki kolejny przypadek, bo co działo się z Marysią, tego nie wie. Marysia wyprowadziła się z rodzicami na inne osiedle. Ale życie samo mnoży przykłady.

Ania zakochała się w pewnym chłopcu. Tak to przecież w pewnym wieku jest, że do kogoś czujemy większą sympatię, niż do innych. Że zakochujemy się. Dla mamy zauroczenie Ani chłopakiem było niedopuszczalne. Mama Ani uważała, że to nie jest chłopak dla niej. Starała się jak mogła, włącznie z więzieniem Ani w domu i podawaniu jej leków psychotropowych, aby tylko Ania przestała kochać tego chłopca. I gdy mamie Ani wydawało się, że już jest po tej „wielkiej" miłości, Ania uciekła z domu. Uciekła nie tylko z domu, ale i z miasta. Uciekła do chłopaka, którego kochała jeszcze bardziej, dlatego pewnie, że była to miłość jej zabroniona. Mama Ani, gdy wyszła z szoku, jakiego doznała z powodu zachowania swojej ukochanej córeczki, dostała pierwszego „ataku". Czy był to atak prawdziwy, czy urojony, tego Matka-kura nie wie. Wie natomiast, że po jakimś czasie Ania wróciła pod skrzydła mamy i że do dnia dzisiejszego pod tymi skrzydłami przebywa. Mimo, że jest dorosłą już kobietą. I tak jak mała Marysia, tak i dorosła Ania, chodzi z mamusią pod rączkę, a to do sklepu, a to na spacerek, a to do mamusi koleżanek. Ania stała się współodpowiedzialna za stan zdrowia swojej mamy. Została uczuciowo „wrobiona" w układ zależności. Z czasem przestała mieć swoje własne potrzeby. Żyje po dyktando. Wszystko po to, aby nie stracić miłości mamy.

Wątpi jednak Matka-kura, aby Ania była szczęśliwą kobietą. Ale przypominając sobie te dwie historie wie, że swoje Cipciaki nie wychowuje toksycznie. I to, że je do szkoły podprowadza, nie znaczy, że je nadmiernie kontroluje i uzależnia od siebie.

© 2023 by The Beauty Room. Proudly created with Wix.com

  • Facebook Social Icon
  • Twitter Social Icon
  • Google+ Social Icon
  • YouTube Social  Icon
  • Pinterest Social Icon
  • Instagram Social Icon
This site was designed with the
.com
website builder. Create your website today.
Start Now