Polub nas na FB!

Ostatnio dodane posty

Szkolna Koszmaria

Każdy zapewne ma, lub miał, swoją szkolną Koszmarię. Koszmarię, która zatruwa każdy kolejny dzień – tak szkolny, jak i wolny od szkoły. Koszmarię, która nie tylko jawi się na jawie, ale w każdym niemalże śnie. Koszmarię, która spędza sen z oczu – chociażby przez to tylko, że w nim jak mara senna jest obecna, wpływa na niestrawność, nadpobudliwość i zniechęcenie – do nauki jako takiej oraz do przedmiotu, którego Koszmaria jest przekleństwem. I nie ważne czy owa Koszmaria będzie się nazywała Koszmarią czy inną nazwę przybierze (dajmy na to Koszmarian), nie ważne też jakiego rodzaju będzie, stażu czy wieku, nie ważne wreszcie na jakim etapie edukacji się przytrafi. Koszmaria jest zawsze Koszmarią, która niebodze, z woli ustawy czy też z własnej woli parającej się nauką, część życia skutecznie odbierze.

Matka-kura na takąż Koszmarię trafiła raz, a skutecznie, co niemalże „kiblem” się zakończyło. Koszmaria miała bowiem za cel swój główny chyba, pobicie rekordu stawiania ocen niedostatecznych jednej osobie. I trafiło akurat na Matkę, która – no może nie bogu ducha winna, bo jednak nie byłoby to zgodne z prawdą – ale żniwo zebrała bardzo bogate, i to w jednym semestrze. Czy ktoś z Was, moi kochani, może się „pochwalić” trzydziestoma siedmioma niedostatecznymi?! I to w jednym semestrze?! Matka, dzięki Koszmarii, osiągnęła taki wynik. A co! I o ile początkowo stan ten wywoływał u Matki wszystkie wyżej wymienione efekty uboczne, w postaci bezsenności, niestrawności i takich tam, o tyle w końcowym etapie tejże historii stało się to dla Matki niezłą zabawą. Bo niby czemu miałaby Matka dostać na lekcji tylko jedną pałę? Rutyna wiadomo, jest nudna. Więc dlaczego by nie dwie od razu? Robiła więc Matka wszystko, by i dwie, i trzy nawet pały za jednym zamachem dostać. Oczywiście koniec semestru nie był już taki ciekawy, gdy na semestr niedostateczny jak byk stał i patrzył się na Matkę jak ciele na malowane wrota. Ostatecznie zdawała sobie Matka sprawę, że przy dalszym takim stanie rzeczy wraz z końcem roku „kibel” zaliczy. Koszmaria jednak znudziła się chyba dręczeniem Matki, bo i jakoś do końca roku wybrnęła z opresji, i na trójczynie słabej, ale jednak przeszła do następnej klasy.

Czymże Matka sobie zasłużyła na takie „względy”, do dnia dzisiejszego nie wie. I wiedzieć wcale nie musi. Fakt faktem, że po tym, jak już Matka przestała mieć wyłączność na względy Koszmarii, to dostrzec bardziej wyraźnie mogła, że to nie tylko jej się tak sfarciło. Wprawdzie nikt więcej w takiego wyniku w ocenach niedostatecznych nie osiągną w historii całej szkoły chyba, nie znaczy to jednak, że Koszmaria nie lubowała się w stawianiu pał i innym. Zwłaszcza, gdy przyodziała czerwony sweterek. Wtedy wiadomo było, że „krew” się poleje. I z góry na dół leciały pały, jak, i za co chciały. Nikt przy tym do słowa dojść nie mógł, bo i po co. Toż nie o uzyskanie odpowiedzi chodziło, a o wypałowanie biednych uczniów. Tak było.

Z perspektywy czasu, wie Matka, że wszystkie Koszmarie owym „pałowaniem” nie tyle, że oceniają faktyczną wiedzę, co łagodzą swoje osobiste frustracje. Chociaż takie „pałowanie” to i tak najmniejszy problem. Najwyżej kiblem się skończy. Bywają jednak Koszmarie, które w swym zachowani są bardziej nieobliczalne. Rzucają krzesłami, wymierzają razy, manipulują, mobbingują lub wręcz wykorzystują swych uczniów. Wprawdzie te dwie pierwsze opcje aktualnie mogłyby nie przejść bez echa (mimo, że kiedyś przechodziły), jednak te trzy ostatnie są tak trudne do udowodnienia, bo bardzo subtelne, że swobodnie są do dzisiaj stosowane.

Był raz kiedyś, jeszcze za czasów podstawówki Matki, taki jeden Koszmarian, co do dzieci grubą drewnianą linijką bił po dłoniach, lub bez pardonu, po siedzeniach. Mus wię był u Koszmariana siedzieć cicho jak trusia, znać odpowiedź na każde pytanie, i tylko na nie odpowiadać, gdy zostało się ową linią wskazanym, i nie daj boże kręcić się na krześle. W innym razie linia szła w ruch. Linia jednak nie była najgorsza. Gorszy był pęk kluczy, do wszystkich chyba drzwi, jakie tylko Koszmarian miał w swoim posiadaniu. Taki ciężki i brudny. Za to „świetny” do celowania w niesubordynowanych uczniów. Gdy się zatem człowiek na krześle kręcił, a nie daj boże sięgną na lekcji do tornistra po zapomnianą linijkę czy co innego, to od razu w jego kierunku leciał kilogramowy pocisk z kluczy. Raz jeden Matka takim pociskiem dostała w schylony kark. Aż jej dech zaparło. A i tak miała farta nie lada, bo jej kolega z klasy tymże pociskiem dostał prosto w twarz. Aż dziw bierze, że Koszmarian uczył w tymże przybytku całe lata i to bez żadnych konsekwencji. Ale takie były to czasy. Przepisywanie po sto razy wypracowania czy targanie za uszy – to były żadne kary.

Koszmarian miał równie sympatycznego kolegę, kolejnego Koszmariana, który to za brak subordynacji na zajęciach, wywoływał niesforniaka z ławki, i sadzał go na krześle, które to wcześniej ustawiał sobie na środku klasy. Gdy już taka nieboga na tym krzesełku siedziała, to Koszmarian między nogi niebogi wsadzał stopę, którą opierał na siedzisku krzesła i przechylając krzesło do tyłu gwałtownie je popychał. Nieboga, jak miała szczęście i refleks, to głową nie waliła wprost o podłogę, tylko jakoś się tam osłaniała lub kuliła. Gorzej mieli ci, co to szczęścia takiego nie mieli. Pewnie zastanawiacie się, czy Matka miała tę „przyjemność” i z krzesła skorzystała? Ależ owszem. I to tak zawaliła czaszką o podłogę, że nie ma się co dzisiaj dziwić, że takie rzeczy teraz wypisuje. Do dzisiaj jej brzęczy w uszach na samo wspomnienie. Miał też Koszmarian inną metodę dzięki której w szachu trzymał szereg roczników. Była to „metoda na łabędzia”. Dzięki niej, każdy kto sobie na to „zasłużył” mógł lotem łabędzia z klasy wylecieć. W jaki sposób? Otóż brał Koszmarian gagatka za szmaty – na wysokości karku i siedzenia – i przez otwarte drzwi klasy na korytarz wyrzucał. Dosłownie jak worek kartofli. Doprawdy, cudne to były te jego metody wychowawcze. Ale widocznie w tamtym czasie niezabronione, bo Koszmarian długie lata, jeszcze po tym, jak Matka poszła „dalej”, uczył w szkole i siał postrach wśród swych uczniów.

Czy dzisiaj takie metody się stosuje? Wydaje się Matka że nie. Ale może coś więcej wiecie na ten temat? A może własnymi wspomnieniami zechcecie się podzielić?